Byłeś powiewem świeżości, pomogłeś mi się podnieść. Byłeś delikatnością, czułością i.. wariactwem. Nikt nigdy tak namacalnie nie ukazał mi, że jest częścią mnie. Zdawałeś się być ideałem, choć dotychczas nie wierzyłem w istnienie takowych. Każde Twoje słowo, gest, a nawet myśl, były perfekcją samą w sobie. Nasza wspólna droga nie trwała zbyt długo. Po krótkim czasie zapragnąłeś mnie od siebie odtrącić, pozwalając mi pogrążyć się w kolejnym upadku. To co czułem to nie miłość.. to niezwykle agresywne braterstwo dusz, któremu Ty postanowiłeś dać koniec. Naiwność przelała kielich goryczy. Obowiązki pogrzebały chęć diametralnych zmian. Wszystko dookoła zdawało się płonąć, a moje serce pozostało sporym kawałkiem lodu. Największej zmianie uległ mój światopogląd. Fakt, iż nigdy nie zaznam już szczęścia, stał się nieodzownym priorytetem na liście życia. Czerwone róże i spokój Twoich ramion; ból stał się codziennością, a codzienność stała się bólem. Nie wierzyłem, że ktoś umyślenie pozwoli na moje tak dotkliwe cierpienie. Nie wierzyłem, że ktoś tak doskonały w moich oczach, pozwoli mi skonać z braku sił, pod posadzką własnych wspomnień. Zwątpiłem w wiarę, nadzieję i miłość. Zwątpiłem we własną siłę, a co najważniejsze - zwątpiłem w ludzi ich intencje. Jak wielką nauczką i lekcją życiową była ów sytuacja, przekonałem się dopiero po kilku miesiącach. Moja dusza natknęła się na niezwykle urokliwą przedstawicielkę płci pięknej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz