To taki dzień, kiedy zdajesz sobie sprawę, ze budyń waniliowy to nie to, czego było Ci trzeba. Zaczynasz zastanawiać się nad swoistą definicją "potrzeby", w sensie zarówno materialnym jak i duchowym. Miotasz się po pokoju chcąc czy też nie, nie mając pojęcia dlaczego. Siła wyższa, szaleństwo lub najzwyklejsza.. chęć miotania się. Powietrze było ciężkie. Z trudnością łapałaś je w usta, chcąc nasycić głodne płuca odrobiną tlenu. Nie sądzę by na ów tlen liczyły, zazwyczaj bywają nieco bardziej wymagające i kapryśne. Smak ulubionej herbaty przechodzi w gorzki, pozbawiony jakiegokolwiek aromatu. Herbatniki nijak nie potrafią wpasować się w całość minionego dnia; Poranek pachniał lawendą, a ludzie zdawali się ubóstwiać Cię za to, że po prostu jesteś. Południe przyszło w parze z pierwszymi obowiązkami. Zderzenie z realiami nie należało do pozytywnych aspektów. Wieczór podarował mi smak kawy. Wszechobecna wolność stawała się irytującym drobiazgiem. Coraz więcej wyzwań, niedociągnięć, błędów i łez.. Noc natomiast, będzie spokojna. Znam jej przebieg, choć nie mam na to wpływu, interesujące. Powinnam odsunąć się od "perfekcji" i nie zważać na to, co dzieje się w mojej głowie. Wyobraźnia potrafi płatać naprawdę godne uwagi figle. Siła umysłu stawia przed przymkniętymi powiekami to, czego najbardziej się boisz. Najrozsądniejszym krokiem, byłby strach przed stokrotkami, watą cukrową lub kimś, za kim tęsknisz. Nie sądzę jednak, by cały ten mechanizm działał w tak prosty sposób. To byłoby przecież zbyt łatwe. Życie wymaga od nas wysiłku pod każdą postacią.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz