Moja nieobecność przemierza wzdłuż Ocean Burz. Ochota na czekoladę umknęła gdzieś pośpiesznie, zostawiając daleko w tyle moją samotność. Zaschnięta róża patrzy na moje blade dłonie, wspominając chwile sprzed niespełna dwóch księżycowych pełni. Powietrze jest zimne, cieżkie, niedogodne. Wrześniowa jesień tak zachłannie pragnie odcisnąć piętno na każdym ostatnim dniu lata. Wszystko jest takie moje, ukochane, urocze, a zarazem tak obce, odległe i żałosne. Kruchość największą z sił, smutek najwspanialszym z uśmiechów. Codzienność zupełnie zniknęła w wariactwie, a wariactwo w codzienności. Światło Księżyca zniwelowało deszcz, a ja nie mam ochoty patrzeć na Morze Przesileń bez Ciebie. Tak wiele drobnostek, maleńkich szczegółów, słodkich drobiazgów, istotnych detali. Dźwięk ciszy, dotyk nieobecności, zapach powietrza, smak nicości. Każda kolejna faza Księżyca niesie za sobą dozę szaleństwa. W każdej odnajduję magię, przewyższającą ludzkie pojęcie. Nadejdzie dzień, w którym przestanę to wszystko kontrolować? W którym zmysły zapragną pójść własną drogą, nie zważając na tę maleńką poprawność, która skrzętni tłamsi moją duszę? Boję się braku kontroli, odwagi, boję się nie bać. Chcę, by moja skóra była wrażliwa na chłód, chcę by serce zadawało ból, chcę tęsknić. Dzięki tym aspektom mam pewność, że ja, to wciaż ja. Mam pewność, że natłok sposobu w jaki postrzegam maleńkie rzeczy, dla ludzi tak bardzo błahe i naturalne, nie doprowadził mnie do kresu wytrzymałości. Nie jestem wyjątkowa, jestem zagubiona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz