Jesteś sobą; pachniesz, zadajesz ból, oddychasz, rozumiesz, intrygujesz, porywasz do tańca. Ja niczym krucha porcelana pękam i niszczeje bezpowrotnie. Uczę się na błędach jak potulna człowieczyna nie mająca innych obowiązków. Skaczę z tulipana na stokrotkę, a potem znów na mlecz. Kupuję paczkę landrynek i umilam sobie noc, aż do bólu zęba. Biegnę z psem na smyczy. Palę cynamonowe cygaretki z myślą o herbacie. Jestem i nie jestem. Modlę się do chmur, łkam, płaczę, skaczę. Błogość mnie ogarnia taka, że ból staje się piórkiem, a piórko ciężarem. Nie wiem już wcale czy ten Księżyc mnie lubi, czy wręcz przeciwnie. Czy mówi, czy milczy, czy ten głos w mojej głowie jest jego. Nadmiar tęsknoty wprawia rzęsy w ruch, piękno wspomnień wysusza swym ciepłem wszystkie te blade łzy. Drżą czerwone wargi, skute niteczką subtelności jak ta porcelana cała w cierpieniach. Każdy ruch nawet minimalny, zadaje ból, a uśmiech śmiercią się staje gorzko-uroczą. Cóż za ironia. Przyszło się zmagać z mimiką. Czuję smak czerwonego wina, choć butelka z takowym jeszcze nie została otwarta. Widzę Twoje oczy, a w nich tysiące iskierek i szczęście i beztroskę i chęć zatracenia się w tajemnicach i wszystko inne, co równie dobre. Nocy bezzsenna, słodkich snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz