51 godzin  po pełni Księżyca

Superbia.

Na pogardę zasługują wszyscy, którzy kolor swych tęczówek natrętnie uwielbiają. Łakną siebie, trwają w perfekcji we własnym mniemaniu. Nie ma miejsca dla nich, bo powietrza zabierają dwa razy więcej niż ci, którzy nienawidzą żyć. Uderz mnie, jeśli poczujesz się silniejszy. Zanurz wargi w truciźnie, jeśli to da ci odwagę. Zaciśnij na szyi sznur, jeśli to da Ci wygodę. Nie patrz, nie oddychaj, nie wynoś siebie ponad. Prostota ludzi przerzedza moją krew, czyni mnie silniejszą, daje mi wolność. Wepchnę ostrze w serce każdego, kto uśmiecha się nazbyt przesadnie. Podetnę żyły, zmuszę do przełknięcia kwasu. Jesteś tylko małym kwiatem wrzosu, który w odosobnieniu może być sobą. Gdy jednak napotka ludzką ingerencję, usycha bez dotyku, pachnie śmiercią, rani delikatne palce gapiów. To początek przekleństw. Z czasem wszystko się rozgałęzia, tworzy nowe odłamy potępienia. Z każdym kolejnym, przez cierpienie błahych i niedosyt równych. Mogłabym umierać każdego dnia na nowo, by rozkoszować się bólem na wszelkie sposoby. Szczęście mam jednak, bo trwam przy boku nieśmiertelnej sercem, która łaknie mojej krwi bardziej niż czegokolwiek i daje mi spełnienie wymyślnie. Sama jednak muszę gładzić dusze pysznych, którzy nie zasługują by stąpać po kościach zasłużonych. Zdejmę z tego świata wszytki grzech, choćbym miała przesunąć ostrzem po szyi każdego, a nieboszczyków odkopać i wbić w ich piersi drewno dla upewnienia. Zaczekam na noc pozbawioną Księżyca. Zaczekam na równowagę dnia i nocy, by zatrzymać pierwsze serce. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz