72 godziny i 10 minut do trzeciej kwadry Księżyca

Avaritia.

Czeka cię sąd, więc zasłaniasz wątłe ciało dobrem materialnym. Bronisz się błahostką, dajesz powód do uśmiechu wyższym. Jesteś nikim, a ów nikt posiada wszystko. Ból istnienia powinien pogrzebać cię żywcem, uprzednio zdzierając z ciebie skórę byś pozostał w niczym. Pył nic nie zyska złotem, to takie żałosne usilnie wierzyć, że jest inaczej. Wartościowi mają drobiazgi, nie łakną ludzkiego. Kwiaty, niebo, stare listy. Wrześniowy poranek niosący z wiatrem zapach jesieni. Czas płynie szybko, nienagannie, nieubłaganie. Marnujemy chwile, godziny, dni. Nie potrafimy zachłysnąć się należytym, niechętnie trwamy wśród namiastki życia. Możemy mieć więcej, mamy tę świadomość. Stąpamy po własnej krwi, unosząc ku górze kąciki sinych ust. Wzbudzamy lęk. Czymże jednak można być tutaj, skoro odosobnienie kosztuje nas zmysły? Tracimy je, popadamy w obłęd niekorzystny, krztusimy się strachem i myślą o przyszłości. Tylko wspomnienia czynią mnie mną. Tylko one wciskają w moje płuca powietrze, tylko one pompują gorzką ciecz, która każdego dnia rozrywa moje żyły z nieopisaną łatwością. Czekanie na nów przyrównać by można do kilku chwil przed wykonaniem wyroku. Ból, choć jeszcze niefizyczny ogarnia błahe ciało i nakazuje stąpać w amoku po ukochanych wcześniej uliczkach. Nierealne doznania, wzbierające na sile z każdą kolejną minutą. Wszystko po to, by ucieszyć się sobą. Ucieszyć się kimś. Odsunąć się od przepychu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz